Listopad 21 2014 13:45:38
Ślad do naszych Przyjaciół
Sklep Azato.pl
Fundacja Krzywe Koło
Retromania
ClassiC Gniezno - Rajd
TH Pancerni 39
T-shirt Fantasy Art
Baza Motocykli Sokoł czyli spis z natury :)
Sokół 200
Sokół 500
Sokół 600
Sokół 1000
Nawigacja
· Strona główna
· Forum
· Artykuły
· Galeria zdjęć
· Download
· Linki
· Kontakt
· FAQ
· Szukaj
Ostatnie artykuły
· Sokołem 600 w Alpach
· wózek motocyklowy w...
· Wspomnień czar
· Sokoły w Górach So...
· SOKÓŁ WĘDROWNY
Ostatnio na forum
Najnowsze tematy
Brak tematów na forum
Najciekawsze tematy
Brak tematów na forum
Aktualnie online
· Gości online: 1

· Użytkowników online: 0

· Łącznie użytkowników: 148
· Najnowszy użytkownik: kowalini
SOKÓŁ WĘDROWNY
Sokół wędrowny czyli droga jaką musiał w latach 90-tych przejść młody chłopak bez gotówki by móc cieszyć się motocyklami w szczególności SOKOŁEM 600 ale nie tylko...

Był przełomowy pod wieloma względami rok 1989 gdy zakupiłem swego pierwszego weterana -DKW NZ 250 z 1939r. Oczywiście motocykl był do remontu, dopiero wyciągnięty z szopki. Ale miał zachowaną oryginalną kalkomanię i aluminiowane panele na zbiorniku. Również błotniki, siodło i zawieszenia sprawiały dobre wrażenie i całość wydawała się niezłym materiałem. Niestety nie dane mi było w tamtym roku wykonać remontu „dykty’. Postanowiłem trochę zwiedzić świat i na 9 miesięcy wyjechałem za wielką wodę. Po powrocie, jak umiałem tak odrestaurowałem DKW-kę. Lakier to jedyny wówczas dostępny renolak utwardzany na słońcu. Aby koła ładnie się prezentowały, zostały w całości pocynkowane. Trochę detali z Iż-a, lampa z Zetora kolanka wydechowe z przedłużonych rur wydechowych od WSK-i i DKW było gotowe.

DKW NZ250 1939 r.


Pamiętam, że najbardziej mnie zdziwiło gdy po 2-3 kopach nagle maszyna odpaliła i można było ruszyć na odbywający się wówczas w Białymstoku rajd weteranów szos. Niestety brak oryginalnego osprzętu elektrycznego powodował permanentne kłopoty z ładowaniem. W związku z tym jednoślad nie bardzo nadawała się do dalszej jazdy. Był to też dwusuw, a w tamtych latach posiadanie takiego „śmierdziela” było dyshonorem. Postanowiłem poszukać czegoś bardziej szlachetnego i większego, np. M-72, Ural;a lub podobnego BMW czy Zundappa. Niestety brak takich pojazdów na lokalnym rynku powodował, że nie udało mi się spotkać z moim 2 motocyklem. Gdy już chciałem odpuścić, życie spłatało mi miłą niespodziankę. Mój najmłodszy brat, u swojego kolegi w piwnicy, wyszukał BMW R-35. „Osioł” był w kawałkach i w dodatku z odrąbanym końcem tylnego błotnika. Cena była jednak symboliczna, przynajmniej jak na dzisiejsze standardy. Krótka decyzja i kupuję ten wór złomu. Przeprowadziłem szybki remont i już na wiosnę mogłem jeździć.

BMR R-35 dzięki niemu zostałem właścicielem SOKOŁA.


Jak widać końcówka błotnika wyklepana z kawałka blachy nie trzymała kształtu ale to nieistotny szczegół. Niestety R-35 również miał problemy z ładowaniem. W tym czasie nie było jeszcze elektronicznych regulatorów napięcia, a na starych, mechanicznych mało kto się znał. Jeśli był jakiś magik, który wiedział coś o prądach, to najczęściej, nie chciało mu się bawić w naprawy motocykli. Jazda na akumulatorze do jego wyczerpania jest może i ekscytująca ( nigdy nie wiemy kiedy się zakończy) ale na pewno nie jest komfortowa. Coś z tym trzeba było zrobić, bo bardzo chciałem jeździć a nie stać i przyglądać się na motocykl. W tym czasie (1993r.) weteraniarze z Łodzi organizowali już 4 Moto weteran Bazar. Zdecydowałem się skorzystać z okazji i we wrześniu, razem z bratem jedziemy sprzedać Osła. Potem na pewno coś się za niego kupi. Pomysł świetny tylko czy wypali? Gdy docieramy naszym maluszkiem z przyczepką na miejsce , w Łodzi z nieba leje jak z cebra a wystawców może z 50-100 osób. Kupujących prawie wcale nie ma, interesy robią między sobą tylko sprzedający. W tamtych czasach, motocykle „odremontowane” głównie woziło się do Niemiec. W kraju ludzie byli bardziej pochłonięci walką o byt, a nie kupowaniem zabawek. Po południu, gdy mieliśmy już wracać, nagle podchodzi do mnie chłopak, tak ok 30-ki, ubrany w markowe ciuchy (pewnie przyjechał z zagranicy) i zadaje pytanie: „za ile oddasz ten motocykl”? Rzucam mu cenę w polskich złotych a on że będzie płacił dolarami. Normalnie Ameryka z Kanadą. Pertraktacje nie trwały długo, odpalenie (z użyciem szprychy od ruska bo kluczyk został w domu) przejażdżka klienta i motocykl jest już sprzedany za 1100 USD. Kupcem okazał się facet, który od wielu lat mieszkał w Kanadzie a pochodził z Białegostoku. Jak się okazało, przed wyjazdem mieszkał w starej kamienicy, ulicę dalej od mojego bloku, na tym samym osiedlu (taki ten świat jest mały). Przed sfinalizowaniem transakcji był jeszcze jeden warunek - muszę dowieźć pod Warszawę kluczyk.

Mokrzy od deszczu ale szczęśliwi po udanej transakcji.


No dobra, ale co dalej z zarobionymi pieniędzmi. Na razie znowu nie miałem czym jeździć. Giełda w Łodzi ma się ku końcowi, ci co mieli coś do sprzedania już pojechali do domu. Czyżby pozostawało kupić na autogiełdzie jakiegoś Fiata 126 p? Na szczęście przy wejściu na MOTO- WETERAN BAZAR była tablica ogłoszeń, na której każdy kto chciał wieszał swoje anonsy. Przejrzałem je i nagle maleńka karteczka w rogu: SOKÓŁ 600 – sprzedam, bez adresu jedynie podano telefon. Komórek wówczas jeszcze w Polsce nie było. Sprint z drobnymi do budki telefonicznej i próba dodzwonienia się. Na szczęście gościu był w domu. Jak się okazało mieszka w Warszawie, a to dobrze bo przejeżdżamy to miasto po drodze. Pytam się jeszcze o stan motocykla i oczywiście o cenę. I odpowiedź na to ostatnie pytanie była kluczem do sukcesu. Za zarobione na BMW pieniądze stać mnie bowiem na kupno dużego motocykla.

Warszawska Praga nie zachęcała do kręcenia się samochodem z przyczepą, ale trzeba jakoś znaleźć podany adres. Docieramy do obskurnej kamienicy, pamiętającej okres przedwojennej Polski i wchodzimy z bratem na 2 czy 3 piętro po chwiejących się schodach. Gdy młody mężczyzna otwiera drzwi, przeżywamy pierwszy szok (nie ostatni tego dnia). W środku zastajemy piękne mieszkanko, na wskroś nowoczesne. Gadka szmatka i okazuje się że aby zobaczyć motocykl trzeba pojechać do garażu za Warszawę. Pojechaliśmy i tam przeżywam kolejny szok. Po otwarciu drzwi komórki ukazał się prawdziwy SOKÓŁ 600, motocykl w całości i podobno na chodzie (brak akumulatora uniemożliwiał odpalenie silnika). Blachy były pomalowane na wojskowe khaki, zaś wydech był czarny. Jest też wózek boczny, ale na razie biorę sam jednoślad, za równo 1000 dolarów. Muszę przecież zostawić trochę kasy na przerejestrowanie i ewentualną jazdę. Pakujemy “ptaszka” na przyczepę i w drogę do domu.

Mój SOKÓŁ w domu.

Jurek i mój SOKÓŁ.


Ciągle nie mogę wyjść z szoku. Mam duży motocykl i to za cenę Osła. Przez tydzień szukam w Białymstoku kosza do swojego nabytku. Nasz weterański “guru”, pan Olek, ma taki wózek, ale strasznie „skasztaniony”: do tyłu gondoli ktoś dospawał bagażnik od ruskiego kosza z M72, rama niby oryginalna, ale jest jakaś dziwna. Ma mocowania na prawą stronę, a przecież w 600RT wózek był z lewej. Ma też dwa pół resorowe wsporniki do zaczepienia kosza do motocykla. Trudno biorę ją, może coś z tego wyrzeźbię. Po tygodniu dochodzę jednak do wniosku, że nie tędy droga. Zwracam kosz Olkowi i dzwonię do Warszawy, do poprzedniego właściciela (a był nim Tomasz Szczerbicki, znany obecnie publicysta motoryzacyjny) z pytaniem czy jeszcze ma swój, oryginalny. Odpowiedź jest twierdząca. Pożyczam od brata malucha i znowu w drogę do stolicy. Ostatnie 100 USD wyleciało z kieszeni, ale ja mam już kompletnego Sokoła z wózkiem.

SOKÓŁ w całej okazałości.


Przyszła zima a ja garażu nie miałem. Ptaszek, nie uruchamiany od zakupu, przymusowo stoi u mojego brata, na drugim końcu miasta. Nie sprzyja to kontaktom z nowym sprzętem. Wraz z nadejściem wiosny próbuję uruchomić Sokoła i tu spotyka mnie niemiła niespodzianka. Motocykl nie tylko że nie jeździ ale nawet nie pyrka. Iskra jest, paliwo jest, ja kopię zawzięcie a on nic. Sugestia brata i innych osób jest taka, że chyba przestawił się zapłon. Ponieważ moja wiedza w tej dziedzinie wówczas była jeszcze szczątkowa, musiałem skorzystać z pomocy znanego w naszym mieście restauratora starych motocykli (oczywiście pomoc była komercyjna). Po dwóch dniach telefon i w słuchawce słyszę terkotanie: to ożyło serce Sokoła. Wsiadam w autobus i jadę po sprzęta. Pierwsza jazda o mało nie skończyła się na pobliskim słupie - hamulec z lewej a biegi z prawej to coś zupełnie nowego. Z czasem jakoś sobie poradziłem z tym problemem, ale ciągle miałem tendencję do zmiany biegu gdy tylko chciałem zatrzymać motocykl. Sokołem, z niemałym fasonem, dojeżdżałem czasem na uczelnię, robiłem wycieczki po okolicy i nie bez powodzenia podrywałem dziewczyny. Jesienią wyruszyłem też na mój pierwszy rajd – zlot gwiaździsty weteranów szos do Łomży. Od Jeżewa lało jak z cebra, a ja poznałem do czego służą boczne fartuchy w przednim błotniku. Bynajmniej nie są dla ozdoby czy ochrony kierowcy. W trakcie jazdy wlewają całą wodę spod przedniego koła prosto w buty motocyklisty. Gdy dojechałem na rynek starego miasta w Łomży, z butów wylałem pokaźną jej ilość.

Na rynku w Łomży - SOKÓŁ zawsze przyciągał piękne kobiety.


Wówczas odkryłem też ciekawe zjawisko, które nazwałem “iżowaniem”. Polega ono mniej więcej na tym, że każdy motocykl w barwach wojskowych to IŻ. I nie ma znaczenia że motocykl jest większy, ma czterosuwowy silnik i właściciel przekonuje rozmówcę że to jest SOKÓŁ, taki polski przedwojenny motocykl. Tak czy inaczej rozmowa kończy się zawsze stwierdzeniem: “panie toż to IŻ, też takiego miałem w młodości i jeździłem z panienkami na zabawy”.

Czy on wygląda jak IŻ?


W stanie w jakim kupiłem Sokoła, jeździłem do 1996r.W tym czsie pokazywałem go na organizowanych w Białymstoku Zimowych Wystawach i Rajdach Retro RITZA.

Jeden z eksponatów na Zimowej Wystawie SOKÓŁ 1000 kolegi Śledzia (przyjechał właśnie ze wschodu).


Jesienią postanowiłem wykonać remont motocykla, by był ładniejszy i sprawniejszy. Miałem już dosyć tego jeżdżenia „niby IŻ-em” a w dodatku spotkała mnie typowa w Sokołach 600 dolegliwość - pękło gniazdo zaworowe. To, że pękło to normalne, ale to że podwinęło się niczym smażona skóra ze słoniny do góry już takie normalne nie było. Na krawędziach przylgni utworzyła się porowata struktura, skutecznie likwidująca kompresję w cylindrze. Próbując zaradzić tej przypadłości postanowiłem przefrezować i dotrzeć gniazda. Taka naprawa wystarczyła na miesiąc jazdy. No trudno, trzeba będzie zrobić poważniejszy remont. Rozebrałem motocykl na czynniki pierwsze i przy pomocy mojego brata Jerzego, zabrałem się za naprawę.

Mój brat Jerzy przy składaniu silnika.


Poprawiliśmy wszystko o czym wiedzieliśmy, że musi być naprawione. Dorobiliśmy to co byliśmy w stanie dorobić, np. mocowanie sygnału, które ręcznie wypiłowałem z kawałka blachy. Sam klakson wykonałem z czeskiego sygnału produkowanego na wzór sygnału od HD, a stosowanego w pierwszych Jawach. Wykonaliśmy całą nową lampę, wykorzystując skorupę z przedwojennego samochodu. Dorobiliśmy przetłoczenia na amperomierz i licznik, tak je wspawując, by wyglądały jak fabryczne. Również poprzez ręczną obróbkę wykonałem nową osłonę stacyjki, napęd prędkościomierza w przednim kole, cięgno przedniego hamulca, pokrętło i sprężynę amortyzatora ciernego. Trzeba było też wykonać nową końcówkę tłumika, rurę wydechową i tylny paluszek BOSCH’a (właściwie tylko klosz, bo tzw. “dupka” była oryginalna). Na wycięte ze sklejki wodoodpornej stelaże nałożyłem tapicerkę do kosza. Ze skóry dorobiłem nowe pokrycia siodeł. Wykonaliśmy z bratem solidny remont blacharki nadwozia Sokoła. Kulminacją prac było dwubarwne malowanie blach i ręcznie wykonanie logo PZInż.

Z tym logo też był niezły motyw. By go zrobić trzeba było wykonać kilka wizyt w Warszawie. W tym czasie jedyną dostępną pomocą była książka “Polskie Motocykle” pana Tarczyńskiego i osobiste odwiedziny w Muzeum Motoryzacji w Pałacu kultury i Nauki. Trzeba więc było wsiąść w pociąg, pojechać do stolicy z kalką techniczną i ołówkiem, przekonać panie pilnujące eksponaty, że nic złego nie zrobimy, przyłożyć kalkę do zbiornika pokazywanego tam Sokoła z oryginalnym lakierem, a następnie odrysować kształt znaczka i zapisać jakie kolory występowały na poszczególnych polach. Po powrocie nastąpił wieczór przy desce kreślarskiej. Trzeba było nadać swojej grafice ostateczny kształt. Następnie w punkcie ksero, na papierze samoprzylepnym (to była wówczas nowość) trzeba było na formacie A4, zrobić możliwie dużo kopii znaczka. Kolejny krok polegał na wycięciu skalpelem kształtu emblematu tak by dał się nakleić na obły kształt zbiornika. Naklejka była maskownicą ograniczającą malowane kolejno pędzelkiem i farbkami modelarskimi detale. Można było poczuć się artystą, gdy kawałek po kawałku rodził się charakterystyczny znak Sokoła 600.

SOKÓŁ po remoncie.



Wracając do silnika, to na Politechnice Białostockiej, specjaliści zaproponowali mi aby w miejsce pękniętego gniazda wstawić nowe, od Stara. Zrobili to za całkiem spore pieniądze, szczególnie jak na pensję świeżo zatrudnionej osoby. Robota wyglądała profesjonalnie ale po uruchomieniu motoru wyszło pewne „ale”.
Gdy silnik był już złożony, miał świetne sprężanie i wydawało się że problem z zaworami został załatwiony raz na zawsze. Wkrótce motocyklem pojechałem na mój pierwszy ROTOR w 1997r.

To co “Kubusie “lubią najbardziej ŚOKÓŁ ja i moja żona na ROTORZE 1997 r., trochę później a później na zlot do Radzynia Podlaskiego (tam poprzez koleżeńską wymianę, za dół silnika od DKW NZ 250, dostałem oryginalną lampę Marciniaka starego typu).



W drodze powrotnej, Sokół nagle jakoś dziwnie osłabł. Niby jechał, ale pod górkę dostawał zadyszki. Po powrocie do domu, krótka rewizja silnika wykazała drastyczny spadek sprężania – powód: wstawione gniazdo zaworowe, które zaczęło poruszać się razem z zaworem. Kicha na całego. A jeździć motocyklem się chciało, oj chciało. Żadne zabiegi z gniazdem nie pomagały. Ani dodatkowe wciskanie, wtłaczanie i inne czary mary nie dały pożądanego efektu.

Dalszy ciąg zdarzeń był więc prosty do przewidzenia. Zmęczony zmaganiem z niepokorną materią i kipiący z zazdrości spowodowanej kupnem przez brata Harley’a, dałem ogłoszenie do prasy motocyklowej typu “Dizmar” i “Świat Motocykli” (internetu jeszcze nie było), z anonsem o sprzedaży pięknego motocykla. Czekam i czekam, ale odzewu nie ma. Myślałem, że nie powinno być problemu ze znalezieniem nowego domu dla bądź co bądź wyremontowanego motocykla. Mija jeden miesiąc, drugi, a tu nic, cisza. Ani jednego telefonu lub listu. Zmieniam treść ogłoszenia. Już nie tylko sprzedaż, ale w grę wchodzi też zamiana na HD WLA, który wówczas był na topie. I znowu nic. Kicha na całego. Czyżby w naszym kraju już nikt nie interesuje się polską motoryzacją?

W pierwszych dniach listopada zadzwonił jednak telefon. W słuchawce odzywa się znany nadmorski kolekcjoner. Ma propozycję zamiany na wymarzoną WL-kę plus dopłata z jego strony, ale muszę mu przywieść Sokoła sam. Szybka decyzja i razem z Jurkiem jedziemy nad morze. Sokół „pofrunął” do nowego gniazd na lawecie.

SOKÓŁ na lawecie w drodze do Gdyni.


Tam też trafił oryginalny „Marciniak”. Mimo, że żal mi było pracy włożonej w pojazd, uważałem, że zawsze to lepiej, iż Sokół będzie stał w muzeum, niż miałby wyfrunąć za granicę. Na miejscu dopięliśmy transakcję i już jako szczęśliwy posiadacz Harleya wracam do domu.

Harley, na którego zamieniłem SOKOŁA...


WL-kę odremontowałem w pół roku. W maju 1998 r. odbyłem nią pierwsze jazdy, a już w czerwcu byłem na kołach w Mińsku Mazowieckim i Olsztynie. Od tamtej pory Harley bezawaryjnie wozi mnie do dzisiaj. No ale to już zupełnie inna opowieść, nie związana z Sokołami.

I tu właściwie kończyła się moja przygoda z polską motoryzacją. Może wszystkich zanudziłem swoimi wywodami ale jakoś krócej nie wyszło. Jeszcze jedna dygresja co do tytułu, by wytłumaczyć się czemu mój SOKÓŁ był wędrowny. Z informacji od Tomka Szczerbickiego wynikało iż SOKÓŁ przyleciał do Warszawy przez Ostrołękę spod Siemiatycz. Później zagnieździł się na parę lat w Białymstoku. Następnie wyfrunął nad morze. Śpokojny sen w muzeum w Gdyni, motocykl zakończył w 2010 r. Zamieniony na inny cenny eksponat, wyfrunął na Śląsk, by po krótkim odpoczynku powrócić na Podlasie. Co prawda nie w moje, ale jeszcze zacniejsze ręce, miłośnika tego “ptasiego” gatunku. Chwała mu za to, że się nim zainteresował i zaopiekował. Niech teraz już jego SOKÓŁ 600RT cieszy oczu i uszy braci motocyklowej nie tylko na Podlasiu.

Z motocyklowym pozdrowieniem
Andrzej
Wasilków 14-16.10. 2011
Komentarze
#1 | RT dnia październik 18 2011 15:23:44
ja p...dolę,ale fajne tu rzeczy pokazujecie,się zaczytałem i odleciałem.zajebiste stare fotografie,a Sokół 1000 to dosłownie "skopał mnie jak leżącego".piękny kawał historii,moja póki co,dopiero się pisze.
Andrzej,jak masz jakieś inne stare fotki z tamtych lat to dawaj,ja po prostu przy tym wariuję.
#2 | vwojtek dnia październik 18 2011 20:52:48
Artykuł super. Ach, te szalone lata 80-te z benzyną na "kartki" w tle. Tylko gdzie ten Sokół 1000 podział się na fotkach? - To chyba oczywista pomyłka pisarska. NA PEWNO chodzi o Sokoła 600Wink Pozdrawiam.
PS. Czy ktoś z szanownego grona uczestniczył może w imprezach ku czci gen. Kleeberga i SGO "Polesie"w Firleju lub Lublinie na przełomie lat 80 i 90-tych?
#3 | RT dnia październik 18 2011 22:45:20
żartujesz???nie widzisz 1000???
wracając jednak do tematu,to w tamtych latach dokonaliście rzeczy prawie niemożliwej,odrestaurowaliście Sokoła 600 i to na tyle profesjonalnie,że można stwierdzić iż była to wtedy najlepiej zrobiona 600-ta.mało tego,żeby dobitnie zakończyć mój wywód,trzeba też dodać jeszcze jedną najważniejszą kwestię.panowała wtedy opinia,że Sokołem 600 nie da się jeździć,jeżeli już to tylko Sokołem 1000.było tak dlatego,że w Sokoła 600 trzeba było włożyć dużo serca,wiedzy i cierpliwości,natomiast Sokół 1000 potrafił dużo wybaczyć i nawet byle jak ulepiony jakoś jeździł,co zresztą można zobaczyć na fotkach z tych czy tamtych lat.
także szacuneczek,
#4 | DYRGREG dnia październik 18 2011 22:57:37
Super !! Ale historia zatoczyła koło ,na stronie 3 forum jest link do strony Tomasza Szczerbickiego gdzie widzimy go właśnie przy tej 600-tce sprzedanej potem Andrzejowi. Nieźle to sie ułożyło
#5 | Klemens Forel dnia październik 18 2011 23:36:55
Wymiatacze Smile Dzieki nim sam popadłem na chorobę zabytkowej motoryzacji!Dla mnie ta stara podlaska gwardia to są kolekcjonerzy przez duże K cieszę się że duzo sie przy nich nauczyłem!
#6 | mz9 dnia październik 19 2011 10:02:43
Normalnie, aż słów brakuje a serce bije szybciej, to były dopiero czasy, miło powspominać..... dzięki za ten artykuł, naprawdę superrrr. Grin
#7 | suchy dnia październik 29 2011 23:10:37
Mam pytanie do autora i do wszystkich, ile to było w 93 roku 1000$? OK roczne zarobki?
#8 | Andrzej dnia październik 31 2011 21:35:52
Prawdę mówiąc to już nie pamiętam.W 1990 roku zaplaciłem za najlepszy dostępny na rynku zegarek LONGINS równowartość 100 dolarów.W 1991 roku peacowałem na budowie i miesięcznie zarabiałem ok 200 USD.
#9 | DYRGREG dnia listopad 02 2011 11:59:35
Ha, to i tak rachunek jest prosty>> na dzień dzisiejszy za 5 miesięcy pracy i średniego krajowego wynagrodzenia Sokoła nie kupisz
#10 | suchy dnia listopad 03 2011 18:58:36
I to nawet Sokoła 125...
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony

Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Świetne! Świetne! 0% [Brak oceny]
Bardzo dobre Bardzo dobre 67% [2 głosów]
Dobre Dobre 0% [Brak oceny]
Średnie Średnie 0% [Brak oceny]
Słabe Słabe 33% [1 głos]
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Shoutbox
Musisz zalogować się, aby móc dodać wiadomość.

21-11-2014 12:24
Jestem za Grin

21-11-2014 11:27
ja myślę,że wystarczy 8 Komarków,a na każdym z nich skrzynka piwa.po doświadczeniu będzie w czym utopić żale.a za piwo zapłaci ten co przegra?!?

21-11-2014 10:50
Koniecznie... osiem sztuk cws m55!! Inaczej doświadczenie nie ważne

21-11-2014 10:14
to co,szykuj WSKę na następny sezon,chyba,że masz,a ja postawię 8 motocykli z wózkami bocznymi.i zrobimy próbę,ok?

20-11-2014 14:00
i większego Harleya,tym bardziej,że Wlki wtedy jeszcze nie było...

20-11-2014 13:02
Trzeba wziac 8 CWSow M55 aby testy odpowiadaly realiom Wink

20-11-2014 12:42
Panowie jest tylko jeden sposób żeby się o tym przekonać. Na najbliższym rodzinnym Jacek weźmie swoją WLKę i połączymy 8 Sokołów 1000. Wtedy zobaczymy. I damy do programu Pogromcy mitów

20-11-2014 11:13
Hitler chcial nawet z Polakami uderzyc na ZSRR, mial bardzo dobre zdanie o nas. Podczas wojny rowniez bardzo pochlebnie wyrazal sie o naszych zolnierzach i kunszcie wojennym.

20-11-2014 11:04
Na wprost i na kolach jaki problem? Ja ci to WSK pociagne bez problemu najmniejszego. Ludzie Junakami pola orali i dawaly rade.

20-11-2014 09:53
Niby jak ciągnąć motocykl? Żeby zachować kierunek jazdy musi być kierowca. To jest ogromna masa....żadne sprzęgło motocykla tego nie wytrzyma. Jest to nie wykonalne!!

20-11-2014 08:56
Jezeli ciagnal je na kolach to ja nie widze problemu, zreszta masa zrodel podaje ten fakt.

19-11-2014 23:08
myślę, że w wyborach samorządowych też miałby duże szanse...

19-11-2014 21:18
Jako ciekawostka...co myslał Hitler o Polakach...jeden z raportów http://zhistorii....fb
&m=1

19-11-2014 20:50
Masz racje drogi Watsonie Wink

19-11-2014 20:43
oczywiście.sprzę
gło by eksplodowało!siln
ik również nie dysponował momentem do uciągnięcia takiego ciężaru.

19-11-2014 20:40
jestem wręcz pewien,że Harley przed wojną,nie był w stanie nawet ruszyć z tymi CWSami,a już zupełnie nie mógł manewrować z nimi po ulicach miasta!

19-11-2014 20:40
Sprzęgło by szlak trafił.

19-11-2014 20:38
daje nam to wagę około 4 ton...ostatnio ciągnąłem swoim 1000 solówkę Harleya WLA.przeczuwam,że
ważył 350 kg.nie powiem,Sokół pociągnął Wlke z powodzeniem,ale co się namęczył.

19-11-2014 20:33
8 sztuk motocykli z wózkiem bocznym,średnio każdy ważył 400kg,nie wiem jak to uwiązali,ale domniemam,że doszli kierowcy,czyli średnio jakieś 450kg...

19-11-2014 16:07
To sa nasze dokonania Cool "Istny Rolls Royce wśród motocykli…"

Wygenerowano w sekund: 0.06 1,295,434 Unikalnych wizyt